czwartek, 25 września 2014

ECTS i poprawa matury

24 punkty można wymienić na rower*, a punkty ECTS? Na kredyt studencki.

Powszechna jest praktyka, by aby nie siedzieć odłogiem rok w domu, zapuszczając korzenie, powtarzając materiał i czekając na poprawę matury gdy kasztany zakwitną, idzie się na jakiś kierunek, który ma być związany z tym wymarzonym (mam na myśli medycynę w tym przypadku). O tyle w miarę, o ile jest to kierunek, gdzie ludzie o miejsca się nie zabijają. Za to spędzenie roku czy semestru (tzn. zakładając z góry, że nie skończę tegoż kierunku) na takiej weterynarii, farmacji czy innego dość popularnego kierunku i zajęcie miejsca komuś, dla kogo jest to wymarzony kierunek, to delikatnie mówiąc, niemiła sprawa. Osobiście nie posiadam wśród swoich znajomych takiej osoby, większość, która nie dostała się na lek/stomę została w domu, co też każdemu polecam i sama by tak zrobiła, gdyby mnie Szczecin jako jedyny nie zechciał :D Oczywiście w maju rekrutowałam się na analitykę medyczną, ale do złożenia papierów (gdy dostałam się w I turze) nie doszło. Miało na to wpływ opinia pewnej osoby. U niej podobną sytuację z niedostaniem się na lekarski miała bodajże córka. Ale została w domu, poprawiła i dostała się. Jej znajomi, którzy ciągnęli przez ten rok inny kierunek, nie podwyższyli wyników. Ta historia dała mi do myślenia.

Zostając rok w domu na poprawie, nie jest powiedziane, że ma się siedzieć 12h dziennie nad nauka, bo tak się nie da. Najlepiej chyba znaleźć jakąś niewymagającą pracę dorywczą, coś by odciągnąć myśli. Zakładając z góry pozostanie na jeden semestr na jakimś kierunku, traci się kasę na dojazd/mieszkanie w innym mieście, książki, jedzenie itd. Chyba, że ktoś boi się, że nie poprawi i zostanie na tymże kierunku ale nie o tym teraz mówię (jak ktoś ma w głowie jeden kierunek i nie widzi siebie na innym to niezbyt fajnie jest robić coś innego, co nie jest interesujące - ja na przykład nie miałam żadnego innego pomysłu na siebie, a rekrutowanie się na analitykę medyczną to nie wiem nawet skąd mi przyszło do głowy). Bądź też ma tyle pieniędzy, że może sobie pozwolić na kilkumiesięczne życie studenckie, w pobliskim dużym mieście. Jak kto woli. Ponoć niektórym oswojenie z materiałem i stresem sesji pomaga przy maturze. Z drugiej strony, nauka do sesji oznacza, że nie można uczyć się w tym czasie materiału do matury. Sesja trochę trwa (u mnie 2 tygodnie), a w ciągu semestru też trzeba się pouczyć. No i trochę się bałagan w głowie robi, tak myślę, nowe rzeczy wchodzą a stare uciekają, rozszerzając swoją wiedzę (np. studiując biologię czy chemię) można mieć problem z odpowiedzią na poziomie licealnym. Ale to tylko moje zdanie. Druga sprawą są punkty ECTS za zdane przedmioty. W myśl ustawy sprzed paru lat o drugim, płatnym już kierunku, mamy 30 "darmowych" punktów, które zabiera zwykle sesja po 1 semestrze studiów. Więc jeżeli ktoś już podchodzi do sesji w II semestrze, to przeważnie przekracza limit. Przerywając w tym momencie studia i zaczynając inne, za nadmiar trzeba zapłacić (na lekarskim, z tego co znalazłam, jest to 300-500zł za 1 pkt ECTS). Zdany drugi semestr, przerwanie i rozpoczęcie leku kosztuje więc mniej więcej tyle, co jeden semestr leku niestacjonarnego. Kilkanaście tysięcy złotych. Bodajże spłaca je się przy kończeniu studiów. Ale kwota nie maleje, a może być większa, zakładając ile semestrów poprzedniego kierunku zdaliśmy, próbując poprawić maturę. Dla niektórych ludzi jedynym rozwiązaniem jest kredyt. Niestety. Nie chce nikogo osądzać, ale wydaje mi się, że część ludzi o tym nie wie. A przynajmniej dowiadują się, próbując się przenieść lub już po rekrutacji na wymarzony kierunek (ignorantia iuris nocet -  nieznajomość prawa szkodzi).



Aha, a odnośnie odwoływania się od wyniku matury - przyznali mi punkt który niechcący egzaminator nie przeniósł na kartę, ale za to gdzie indziej znaleźli błędy, których poprzedni egzaminatorzy jakoś nie widzieli i wychodzę na 0. No cóż. Walka z wiatrakami. 


*a to odnośnie prawa jazdy :D

Update. Słyszałam głosy, że to już nie działa. Aczkolwiek sama nie wiem...

czwartek, 18 września 2014

O maturze słów kilka

"Kiedy zaliczy się anatomię to można nazwać siebie studentem medycyny. Gdy farmakologię - prawie lekarzem"

Słyszałam wiele opinii o tym, że dostać się na medycynę to nic w porównaniu z utrzymaniem się na niej a co najmniej zaliczeniem pierwszego roku. I pewnie się z tym zgodzę, ponieważ gdy patrzę na ilość stron Anatomii Bochenka a repetytorium z biologii do matury to... matura to nic. Oczywiście w liceum tak nie myślałam, tak samo jak nie myślałam, że podstawówka w porównaniu do gimnazjum to nic i gimnazjum w porównaniu do liceum to nic. Wiadomo, poziom zaawansowania i ilości nauki z wiekiem rośnie.
Będąc przed maturą buszowałam po internecie w poszukiwaniu idealnej recepty na świetnie zdaną maturę. "Co zrobić, aby dostać się na medycynę?" - wiele takich postów na różnych forach, ale ile ludzi, tyle opinii. Jedni mówili, że najważniejsze arkusze, inni polecali najróżniejsze książki, wykraczające nierzadko po za program liceum, ponieważ jak wiadomo CKE bywa nieprzewidywalne (jak np. tegoroczne znaczenie dla człowieka hmm bodajże wykrywania gorzkich substancji w małych stężeniach - nigdy o tym nie słyszałam przy okazji omawiania zmysłu smaku ale zdając się na intuicję odpowiedziałam dobrze :)). Dla mnie podstawą był odpowiedni korepetytor, który, w przypadku biologii akurat jest egzaminatorem OKE. Wydaje mi się, że z biologii, oprócz posiadania obszernej wiedzy, trzeba jeszcze odpowiedź sformułować tak by zadowolić oceniającego i wstrzelić się w klucz. Nie namawiam nikogo na wydawanie kasy na korki bo to od każdego zależy, ale mi to pomogło, jeżeli by ktoś pytał. Wydaje mi się, że to jest jeden z problemów, przez który na wymarzone studia nie dostają się osoby uważane za 'pewniaki', dobrze a nawet świetnie się uczące w liceum. Sama znam takie przypadki świetnej pamięci, ogromnej wiedzy ale braku umiejętności logicznego odpowiadania na pytania. Co do chemii to mi potrzebna była osoba, która logicznie wytłumaczy mi niektóre zagadnienia (zwłaszcza też zadania obliczeniowe, gdzie z góry zakładałam, że żadnego nie rozwiążę, a stało się przeciwnie). Wydaje mi się, że chemia to taka w połowie matma i w połowie biologia, bo i trzeba rozumieć tok liczenia ale także mieć wiedzę np. jaki kolor będzie miał taki roztwór po takiej i takiej reakcji i czym to jest spowodowane, czy umieć przeczytać zawiły tekst dotyczący czegoś co nie obejmuje materiał liceum i poprawnie odpowiedzieć. Pomijam już fakt radzenia sobie ze stresem i zbytniej pewności siebie. Także niedoczytanie treści polecenia - coś przez co straciłam ze 3% i do końca życia sobie tego nie wybaczę).
Inna sprawą jest, gdy ktoś budzi się z ręką w nocniku i zabierze się za to zbyt późno, biorąc pod uwagę ile materiału musi opanować. Sama zaczęłam korki na początku czerwca II klasy liceum, chodziłam prawie całe wakacje i uważam to za optymalny czas do matury. Miałam czas uczyć się do matury oraz na bieżące lekcje w liceum. Mam oczywiście znajomych którzy zaczęli wcześniej, nawet dużo wcześniej. Tu tylko mogę gdybać, czemu niektórym z nich nie poszło, być może ten czas był za duży i zdążyli pozapominać? Nie wiem, nie wnikam. Ale mam też znajomych którzy zaczęli szukać korepetytorów we wrześniu (III klasa) i ledwo bądź niezbyt wyrobili się z materiałem. A co dopiero ci, którzy zaczęli w kwietniu.


Jutro wybieram się do OKE obejrzeć moje maturki z biologii i chemii. Co prawda wiem ze walka z mafią (tzw. OKE) jest trudna, ale a nuż się uda ten punkcik czy dwa...?

czwartek, 11 września 2014

Zamiast wstępu

Witam na blogu!


Oficjalna przeprowadzka do Szczecina czeka mnie za 2,5 tygodnia, także cały czas jestem w trakcie kompletowania 'wyprawki studenckiej'. Postanowiłam nawet przez te 6 lat spisywać wszelkie koszty związane z edukacją studencką, bo jestem ciekawa finalnej kwoty, która na pewno będzie dość... spora. 

Jednak nawet jak myślę, ile rodzice przeznaczą na moje życie w Szczecinie, wydaje mi się to kroplą w porównaniu z kosztami studiów niestacjonarnych w Polsce (mam na myśli lekarskie bądź stomatologiczne studia). Nieśmiało przyznam, że miałam taki moment zastanowienia czy nie pójść na płatne, lecz cóż. Życie jest nieprzewidywalne, a konieczność przerwania studiów to chyba najgorsze co może być. Pod tym względem brakuje mi w Polsce powszechnych kredytów studenckich na wzór zachodni (chociażby UK). Studiujesz a spłacasz gdy pracujesz. Byłoby to także szansą dla osób, których nie stać na życie w Wielkim Mieście przez te 5 czy 6 lat studiów. Są na pewno wady i zalety tego systemu ale wiedzy nikt nam nie odbierze, to pewne. Sama mam kolegę, który od października zaczyna studia w Londynie, więc na pewno nie jest to niemożliwe, a z opowieści ludzi wyjeżdżających do UK do pracy myślę, że przełamanie bariery językowej przy dobrych chęciach szybko się dzieje.