Hoho. Dawno mnie tu nie było. Cóż sama sobie wybrałam takie studia :O
W skrócie podsumuję te ponad dwa miesiące. Osteologia, kończyna górna i dolna (broń Boże ręka i noga - co to za słownictwo?! -,-) zaliczone. Co prawda żadne w 1 terminie, ale... być może z szyją się uda (nie, nie, fakt ze mam na nauczenie się jej 3 tygodnie przerwy świątecznej wcale nic nie zmienia hihi). Moje refleksję na temat tych preparatów:
-dole skrzydłowo-podniebienny - nienawidzę cię
-do sklepienia jamy nosowej mam te same uczucia
-przebiegi gałęzi od gałęzi od tętnic - nawet o to potrafią zapytać
-troczki - zgińcie (tak dla zasady, bo w końcu się ich nauczyłam)
-anatomia pana K. - zanim coś znajdziesz mija pół dnia
-Bochenek i Krechowiecki potrafią mieć dwa różne zdania na jeden temat (a ponoć anatomia jedna jest)
Coś by się jeszcze znalazło, ale już pozapominałam co mnie wkurzało podczas nauki. Szyję co prawda dopiero zaczynam, mięśnie i powięzie zaliczone. Trójkąty też, ALE, moim faworytem do końca życia będzie chyba trójkąt pochyło-kręgowy. Trójkąt WIDMO. Teoretycznie powinien być opisany przy trójkątach szyi, ale nieeeee, to by było zbyt proste. Występuje chyba tylko w podręczniku Krechowieckiego, i żeby było śmieszniej nie jest przy powięziach, a dopiero przy okolicach. Ale życie nie może być zbyt proste, bo nawet w okolicach, w miejscu gdzie są opisane trójkąty go nie ma. A gdzie jest? Tatadam: przy tętnicy podobojczykowej, i żeby było fajniej go szukać, nie padam w tym miejscu nazwa pochyło-kręgowy (dzięki ci poprzedni właścicieli Kreski, żeś mi do dopisał <3). Nawet google mi nie pomogło w jego poszukiwaniu. Porażka. Próba ogarnięcia położenia tegoż trójkąta w atlasie średnio mi wyszła. Ehh PUMie.
Moim planem na przerwę świąteczną było powtórzenie dotychczasowych preparatów, ale chyba spełznie to na niczym, bo pierwszy dzień po powrocie to kolokwium z szyi a drugi z histologii. Z tą histologią też właściwie niezłe cyrki. Ostatnio zabrakło mi jednego punktu, po czym dzień przed 1 poprawką się okazało, że anulowali jakieś pytanie (które było z materiału, jaki nas jeszcze nie obowiązywał -,-) i mam zaliczone. No cóż. Wtedy przedłożyłam histo nad koło z ręki, a oni tak mnie urządzili. O tyle o ile praktyczny z histo jest dość łatwy, o tyle teoria to kosmos. Testy wielokrotnego wyboru, i na prawdę potrafią zapytać o MEGA szczegóły z prezentacji z wykładów i seminarek.
Co prawdą są i plusy. Zajęcia miałam do 18.12, następne 7.01 dopiero. Potem 3 tygodnie zajęć i znów przerwa od 28.01 do 19.02. Teoretycznie wtedy następują dwa tygodnie sesji i tydzień przerwy międzysemestralnej, ale w praktyce mam jeden egzamin w sesji (z biologi molekularnej, z której miałam nadzieję być zwolniona po średniej z kolokwiów ehh) i to w pierwszy dzień zaraz. Po prostu pięknie :)
Wypadałoby wrócić do szyi teraz. Chyba założę mojej Kresce czapkę świąteczną, żeby odczuła też ten klimacik :D
poniedziałek, 22 grudnia 2014
poniedziałek, 6 października 2014
Pierwsze koty za płoty
Weekend, który się zaczął dla mnie w czwartek już dawno przeminął niestety. Plan zajęć jest na pewno fantastyczny, chociaż w środę się okazalo sie, że ćwiczeń ze socjologii medycyny nie bedzie no bo nie, a wyklad z biologii molekularnej nie odbył sie, ponieważ... wykładowca nie dotarł ;D Płakać z tego powodu nie bede, dwa główne przedmioty na I roku (anatomia i histologia) i tak wymagają poświęcenia dużej ilości czasu, wiec im mniej trzeba go spożytkować na takie zapychacze tym lepiej. Wf nie wymaga żadnych zaliczen ani ocen, z historii medycyny głownie w grupkach bedziemy prezentacje robic, a z angielskiego najwyzej dwa testy nas czekają.
Pierwsze zajecia mialam już w poniedziałek o 8, a byla to anatomia. Nasza grupa dziekański została podzielona na mniejsze podgrupki, do każdej przydzielono innego asystenta. Nie powiem żebym trafiła bardzo zle albo bardzo dobrze. Uczy nas lekarz z 20-letnim stażem, jednakże jest dość...specyficzny, tak bym to ujęła. Na razie polepszyły sie u mnie miesnie twarzy, poniewaz podczas ćwiczeń próbuje powstrzymać uśmiech albo go zatuszować, a jest on spowodowany specyficznym, ironicznym poczuciem humoru i tekstami doktorka, a że mnie bawi prawie wszystko, to policzki aż bolą. Pierwsze zajecia byly bardziej organizacyjne, co nie oznacza ze nie obowiązywał na nie material (ktory trzebalo dodać do tego wymaganego na następne ćwiczenia). W środę kazdy po kolei dostal pare pytań, m.in. o łacińskie nazwy np. poszczególnych czesci kręgu kręgosłupa. Potem oglądaliśmy prawdziwe kości, kręgosłupa i żeber. Zostaliśmy obdarzeni mowa moralizujaca, ze w tych czasach studia to pikus, przez co mysle ze mozna by go nazywać takim troskliwym wujkiem. Nie no bez przesady. Ale wujaszek na pewno ;D Dzisiejszy morał jest taki, że w Polsce to nie życie i trzeba za granicę uciekać. Hm.
Wlasciwie mam juz tak mniej wiecej opanowany kręgosłup i klatkę piersiowa, a na dzień dzisiejszy także kończynę górną,jezeli chodzi o kosci, z nazwami łacińskimi sie czasem mylę, ale nie jest najgorzej. Jutro muszę zacząć histologię/cytofizjologię z czym, że po ostanich ćwiczeniach z tych drugich umierałam i absolutnie mnie nie zainteresowały. Jutro planuję spędzić trzygodzinną przerwę między zajęciami z komputerem w bibliotece (darmowy internet ;D). Ogolem musze powiedziec ze biblioteka PUM to świetne miejsce. W czytelni na miejscu wszystkie fajne ksiazki. Nowoczesny budynek, blisko akademików i budynków głównych zajęć.
Co do grupy musze powiedziec, ze to na prawde fajni ludzie. Co prawda w poniedziałek na poczatku czułam sie troche zagubiona ale juz jest ok xD Czuje, ze schodze na zla drogę tutaj! Dobrze, ze to tylko (albo az) alkoholowa droga... ;D Jak integracja, to integracja!
P.S. Nie kupujcie whiskey z lodem, gdy na dworze epoka lodowcowa... ;3
Pierwsze zajecia mialam już w poniedziałek o 8, a byla to anatomia. Nasza grupa dziekański została podzielona na mniejsze podgrupki, do każdej przydzielono innego asystenta. Nie powiem żebym trafiła bardzo zle albo bardzo dobrze. Uczy nas lekarz z 20-letnim stażem, jednakże jest dość...specyficzny, tak bym to ujęła. Na razie polepszyły sie u mnie miesnie twarzy, poniewaz podczas ćwiczeń próbuje powstrzymać uśmiech albo go zatuszować, a jest on spowodowany specyficznym, ironicznym poczuciem humoru i tekstami doktorka, a że mnie bawi prawie wszystko, to policzki aż bolą. Pierwsze zajecia byly bardziej organizacyjne, co nie oznacza ze nie obowiązywał na nie material (ktory trzebalo dodać do tego wymaganego na następne ćwiczenia). W środę kazdy po kolei dostal pare pytań, m.in. o łacińskie nazwy np. poszczególnych czesci kręgu kręgosłupa. Potem oglądaliśmy prawdziwe kości, kręgosłupa i żeber. Zostaliśmy obdarzeni mowa moralizujaca, ze w tych czasach studia to pikus, przez co mysle ze mozna by go nazywać takim troskliwym wujkiem. Nie no bez przesady. Ale wujaszek na pewno ;D Dzisiejszy morał jest taki, że w Polsce to nie życie i trzeba za granicę uciekać. Hm.
Wlasciwie mam juz tak mniej wiecej opanowany kręgosłup i klatkę piersiowa, a na dzień dzisiejszy także kończynę górną,jezeli chodzi o kosci, z nazwami łacińskimi sie czasem mylę, ale nie jest najgorzej. Jutro muszę zacząć histologię/cytofizjologię z czym, że po ostanich ćwiczeniach z tych drugich umierałam i absolutnie mnie nie zainteresowały. Jutro planuję spędzić trzygodzinną przerwę między zajęciami z komputerem w bibliotece (darmowy internet ;D). Ogolem musze powiedziec ze biblioteka PUM to świetne miejsce. W czytelni na miejscu wszystkie fajne ksiazki. Nowoczesny budynek, blisko akademików i budynków głównych zajęć.
Co do grupy musze powiedziec, ze to na prawde fajni ludzie. Co prawda w poniedziałek na poczatku czułam sie troche zagubiona ale juz jest ok xD Czuje, ze schodze na zla drogę tutaj! Dobrze, ze to tylko (albo az) alkoholowa droga... ;D Jak integracja, to integracja!
P.S. Nie kupujcie whiskey z lodem, gdy na dworze epoka lodowcowa... ;3
czwartek, 25 września 2014
ECTS i poprawa matury
24 punkty można wymienić na rower*, a punkty ECTS? Na kredyt
studencki.
Powszechna jest praktyka, by aby nie siedzieć odłogiem rok w
domu, zapuszczając korzenie, powtarzając materiał i czekając na poprawę matury gdy kasztany zakwitną,
idzie się na jakiś kierunek, który ma być związany z tym wymarzonym (mam na
myśli medycynę w tym przypadku). O tyle w miarę, o ile jest to kierunek, gdzie
ludzie o miejsca się nie zabijają. Za to spędzenie roku czy semestru (tzn.
zakładając z góry, że nie skończę tegoż kierunku) na takiej weterynarii,
farmacji czy innego dość popularnego kierunku i zajęcie miejsca komuś, dla kogo
jest to wymarzony kierunek, to delikatnie mówiąc, niemiła sprawa. Osobiście nie
posiadam wśród swoich znajomych takiej osoby, większość, która nie dostała się
na lek/stomę została w domu, co też każdemu polecam i sama by tak zrobiła,
gdyby mnie Szczecin jako jedyny nie zechciał :D Oczywiście w maju rekrutowałam
się na analitykę medyczną, ale do złożenia papierów (gdy dostałam się w I
turze) nie doszło. Miało na to wpływ opinia pewnej osoby. U niej podobną sytuację z niedostaniem się na lekarski
miała bodajże córka. Ale została w domu, poprawiła i dostała się. Jej znajomi,
którzy ciągnęli przez ten rok inny kierunek, nie podwyższyli wyników. Ta historia dała mi do myślenia.
Zostając rok w domu na poprawie, nie jest powiedziane, że
ma się siedzieć 12h dziennie nad nauka, bo tak się nie da. Najlepiej chyba
znaleźć jakąś niewymagającą pracę dorywczą, coś by odciągnąć myśli. Zakładając
z góry pozostanie na jeden semestr na jakimś kierunku, traci się kasę na
dojazd/mieszkanie w innym mieście, książki, jedzenie itd. Chyba, że ktoś boi
się, że nie poprawi i zostanie na tymże kierunku ale nie o tym teraz mówię (jak ktoś ma w głowie jeden kierunek i nie widzi siebie na innym to niezbyt fajnie jest robić coś innego, co nie jest interesujące - ja na przykład nie miałam żadnego innego pomysłu na siebie, a rekrutowanie się na analitykę medyczną to nie wiem nawet skąd mi przyszło do głowy).
Bądź też ma tyle pieniędzy, że może sobie pozwolić na kilkumiesięczne życie
studenckie, w pobliskim dużym mieście. Jak kto woli. Ponoć niektórym oswojenie z materiałem i stresem
sesji pomaga przy maturze. Z drugiej strony, nauka do sesji oznacza, że nie można uczyć się w tym czasie materiału do matury. Sesja trochę trwa (u mnie 2 tygodnie), a w ciągu semestru też trzeba się pouczyć. No i trochę się bałagan w głowie robi, tak myślę, nowe
rzeczy wchodzą a stare uciekają, rozszerzając swoją wiedzę (np. studiując biologię czy chemię) można mieć problem z odpowiedzią na poziomie licealnym. Ale to tylko moje zdanie. Druga sprawą są
punkty ECTS za zdane przedmioty. W myśl ustawy sprzed paru lat o drugim, płatnym już kierunku,
mamy 30 "darmowych" punktów, które zabiera zwykle sesja po 1 semestrze
studiów. Więc jeżeli ktoś już podchodzi do sesji w II semestrze, to przeważnie przekracza
limit. Przerywając w tym momencie studia i zaczynając inne, za nadmiar trzeba
zapłacić (na lekarskim, z tego co znalazłam, jest to 300-500zł za 1 pkt ECTS).
Zdany drugi semestr, przerwanie i rozpoczęcie leku kosztuje więc mniej więcej
tyle, co jeden semestr leku niestacjonarnego. Kilkanaście tysięcy złotych.
Bodajże spłaca je się przy kończeniu studiów. Ale kwota nie maleje, a może być większa, zakładając ile semestrów poprzedniego kierunku zdaliśmy, próbując poprawić
maturę. Dla niektórych ludzi jedynym rozwiązaniem jest kredyt. Niestety. Nie
chce nikogo osądzać, ale wydaje mi się, że część ludzi o tym nie wie. A przynajmniej dowiadują się, próbując się przenieść lub już po rekrutacji na wymarzony kierunek (ignorantia iuris
nocet - nieznajomość prawa szkodzi).
Aha, a odnośnie odwoływania się od wyniku matury - przyznali mi punkt który niechcący egzaminator nie przeniósł na kartę, ale za to gdzie indziej znaleźli błędy, których poprzedni egzaminatorzy jakoś nie widzieli i wychodzę na 0. No cóż. Walka z wiatrakami.
*a to odnośnie prawa jazdy :D
Update. Słyszałam głosy, że to już nie działa. Aczkolwiek sama nie wiem...
Update. Słyszałam głosy, że to już nie działa. Aczkolwiek sama nie wiem...
czwartek, 18 września 2014
O maturze słów kilka
"Kiedy zaliczy się anatomię to można nazwać siebie
studentem medycyny. Gdy farmakologię - prawie lekarzem"
Słyszałam wiele opinii o tym, że dostać się na medycynę to
nic w porównaniu z utrzymaniem się na niej a co najmniej zaliczeniem pierwszego
roku. I pewnie się z tym zgodzę, ponieważ gdy patrzę na ilość stron Anatomii
Bochenka a repetytorium z biologii do matury to... matura to nic. Oczywiście w
liceum tak nie myślałam, tak samo jak nie myślałam, że podstawówka w porównaniu
do gimnazjum to nic i gimnazjum w porównaniu do liceum to nic. Wiadomo, poziom
zaawansowania i ilości nauki z wiekiem rośnie.
Będąc przed maturą buszowałam po internecie w poszukiwaniu
idealnej recepty na świetnie zdaną maturę. "Co zrobić, aby dostać się na
medycynę?" - wiele takich postów na różnych forach, ale ile ludzi, tyle
opinii. Jedni mówili, że najważniejsze arkusze, inni polecali najróżniejsze
książki, wykraczające nierzadko po za program liceum, ponieważ jak wiadomo CKE
bywa nieprzewidywalne (jak np. tegoroczne znaczenie dla człowieka hmm bodajże
wykrywania gorzkich substancji w małych stężeniach - nigdy o tym nie słyszałam
przy okazji omawiania zmysłu smaku ale zdając się na intuicję odpowiedziałam
dobrze :)). Dla mnie podstawą był odpowiedni korepetytor, który, w przypadku biologii akurat jest
egzaminatorem OKE. Wydaje mi się, że z biologii, oprócz posiadania obszernej wiedzy, trzeba jeszcze odpowiedź sformułować tak by zadowolić
oceniającego i wstrzelić się w klucz. Nie namawiam nikogo na wydawanie kasy na
korki bo to od każdego zależy, ale mi to pomogło, jeżeli by ktoś pytał. Wydaje
mi się, że to jest jeden z problemów, przez który na wymarzone studia nie dostają się
osoby uważane za 'pewniaki', dobrze a nawet świetnie się uczące w liceum. Sama znam takie przypadki świetnej pamięci,
ogromnej wiedzy ale braku umiejętności logicznego odpowiadania na pytania. Co
do chemii to mi potrzebna była osoba, która logicznie wytłumaczy mi niektóre
zagadnienia (zwłaszcza też zadania obliczeniowe, gdzie z góry zakładałam, że
żadnego nie rozwiążę, a stało się przeciwnie). Wydaje mi się, że chemia to taka w
połowie matma i w połowie biologia, bo i trzeba rozumieć tok liczenia ale także
mieć wiedzę np. jaki kolor będzie miał taki roztwór po takiej i takiej reakcji
i czym to jest spowodowane, czy umieć przeczytać zawiły tekst dotyczący czegoś co nie obejmuje materiał liceum i poprawnie odpowiedzieć. Pomijam już fakt radzenia sobie ze stresem i
zbytniej pewności siebie. Także niedoczytanie treści polecenia - coś przez co
straciłam ze 3% i do końca życia sobie tego nie wybaczę).
Inna sprawą jest, gdy ktoś budzi się z ręką w nocniku i zabierze się za to zbyt późno, biorąc pod uwagę ile materiału musi opanować. Sama zaczęłam korki na początku
czerwca II klasy liceum, chodziłam prawie całe wakacje i uważam to za optymalny czas do matury. Miałam czas
uczyć się do matury oraz na bieżące lekcje w liceum. Mam oczywiście znajomych
którzy zaczęli wcześniej, nawet dużo wcześniej. Tu tylko mogę gdybać, czemu niektórym z nich nie poszło, być może ten czas był za duży i zdążyli pozapominać? Nie wiem, nie wnikam. Ale
mam też znajomych którzy zaczęli szukać korepetytorów we wrześniu (III klasa) i
ledwo bądź niezbyt wyrobili się z materiałem. A co dopiero ci, którzy zaczęli w kwietniu.
Jutro wybieram się do OKE obejrzeć moje maturki z biologii i chemii. Co prawda wiem ze walka z mafią (tzw. OKE) jest trudna, ale a nuż się uda ten punkcik czy dwa...?
Jutro wybieram się do OKE obejrzeć moje maturki z biologii i chemii. Co prawda wiem ze walka z mafią (tzw. OKE) jest trudna, ale a nuż się uda ten punkcik czy dwa...?
czwartek, 11 września 2014
Zamiast wstępu
Witam na blogu!
Oficjalna przeprowadzka do Szczecina czeka mnie za 2,5 tygodnia, także cały czas jestem w trakcie kompletowania 'wyprawki studenckiej'. Postanowiłam nawet przez te 6 lat spisywać wszelkie koszty związane z edukacją studencką, bo jestem ciekawa finalnej kwoty, która na pewno będzie dość... spora.
Jednak nawet jak myślę, ile rodzice przeznaczą na moje życie w Szczecinie, wydaje mi się to kroplą w porównaniu z kosztami studiów niestacjonarnych w Polsce (mam na myśli lekarskie bądź stomatologiczne studia). Nieśmiało przyznam, że miałam taki moment zastanowienia czy nie pójść na płatne, lecz cóż. Życie jest nieprzewidywalne, a konieczność przerwania studiów to chyba najgorsze co może być. Pod tym względem brakuje mi w Polsce powszechnych kredytów studenckich na wzór zachodni (chociażby UK). Studiujesz a spłacasz gdy pracujesz. Byłoby to także szansą dla osób, których nie stać na życie w Wielkim Mieście przez te 5 czy 6 lat studiów. Są na pewno wady i zalety tego systemu ale wiedzy nikt nam nie odbierze, to pewne. Sama mam kolegę, który od października zaczyna studia w Londynie, więc na pewno nie jest to niemożliwe, a z opowieści ludzi wyjeżdżających do UK do pracy myślę, że przełamanie bariery językowej przy dobrych chęciach szybko się dzieje.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)